Felietony

elewatorkultury_logoZapraszam do lektury moich felietonów publikowanych od 6 maja 2014 roku na zachodniopomorskim portalu kulturalnym – eleWatorKultury.org:

 

POWIEŚCI NIEKOLEJOWE

6 maja 2014

Rytm poruszającego się pociągu, chrapanie, upał, świst wiatru wdzierającego się przez uchylone okno. Można przywyknąć, na chwilę przyzwyczaić się i uznać, że komfort psychiczny nie został nad wyraz naruszony. Nie lubię czytać w tramwajach i autobusach, chociaż odróżniam zwykłe czytanie od pochłaniania książek. Nie chodzi o rozpraszające dźwięki, niektórzy przecież to robią. Raczej o pewną intymność, której dobra lektura wręcz wymaga. Jednakże w pociągu to co innego, trzeba znaleźć sobie zajęcie, choćby przez wzgląd na to, jak długo trwa podróż, tym bardziej, że nigdy nie śpię. Ludzie z reguły wybierają lekkie pozycje, lekturą wymagająca niepotrzebnie wbiłaby w fotel. I bez tego jest ciasno i niewygodnie. O felietonie myślałem od tygodnia – ponieważ ma być o kulturze, najlepiej takiej, która kwitnie nam tutaj w Szczecinie. Jakim Szczecinie?! Piszę przecież w uśpionym wagonie, na dziesięciocalowym tablecie, co nie jest specjalnie wygodne. Za oknem słonecznie, mnie przynajmniej ciężko zasnąć. Nie lubię tracić dnia, a i felieton sam nie powstanie, choćbym nie wiem jak intensywnie o nim myślał.

W poniedziałek, piąty dzień miesiąca, moja majówka dobiegła końca i nadszedł czas powrotu (wprawdzie dzień później niż zaplanowałem, bo na niedzielę zabrakło miejsc w pociągu – ludzie jednak wracają…). Pierwszego maja patrzyłem na góry i jakoś nie mogłem sobie przypomnieć żadnego utworu, choćby z pagórkiem w roli głównej. Kompletnie wypadł mi z głowy Kazimierz Przerwa-Tetmajer i jego Legenda Tatr. Śpiący rycerze to raczej mgliste wspomnienie z  piątej klasy szkoły podstawowej. Pospacerowałem po Ojcowskim Parku Narodowym, przeszedłem kilkanaście kilometrów pieszo (około szesnastu), aby ujrzeć Maczugę Herkulesa. Z daleka nawet przypomina tę z fotografii z podręcznika geografii, kiedy podejdzie się bliżej ma falliczny kształt, nabierając tym samym nowego znaczenia. Zrobiłem nawet zdjęcie. Pomyślałem, że fotografia to dobra pamiątka, o ile nikt mi zdjęć na tle obiektów nie robi. To rodzaj wtargnięcia, nieznośne i niewskazane. Nie strzelałem na oślep, ale uzbierało się ponad dwieście pięćdziesiąt zdjęć z trzech dni; jadłem oscypki, piłem szczawę wodorowęglanowo-chlorkowo-wapniowo-sodową ze źródełka Maria w Krościenku – wodę naturalnie zmineralizowaną, przez co jakby gazowaną – o mętnym odcieniu. Ledwie się po nią wdrapałem, po tym intensywnym czwartkowym dniu. Robiło się ciemno, ale ten toast podsumował pierwszy dzień. Zadziwiły mnie tylko figury Matki Boskiej, jedna w skale, druga w drzewie, oświetlone aureolą z kolorowych lampek choinkowych. To dobra wskazówka, jak trafić do źródełka. Obecność lampek w Ojcowskim Parku Narodowym  niech pozostanie kampową zagadką.

Felieton siedział mi w głowie, przysiadł sobie obok innych obowiązków, między innymi kolejnej, dziesiątej już, części Rozmów z krwawym umysłem (trzynaście wywiadów uzupełniających lekturę Krwawego umysłu, publikowanych na moim blogu), które skończą się w czerwcu. Drogę do Krakowa umiliły mi dwie książki, z których pierwszą był Czerwony smok Harrisa. Musiałem zdecydować, jak podczas lektury będę wizualizował sobie bohaterów. Kusiła mnie najnowsza odsłona dzieł o słynnym psychiatrze sądowym i kanibalu w postaci serialu telewizji NBC. W rolę Hannibala Lectera wcielił się Mads Mikkelsen (uczynił to wyjątkowo przyzwoicie, w kuchni natomiast z gracją przyrządzał swoje utwory), natomiast Willa Grahama zagrał Hugh Dancy (aż miło popatrzeć na jego obłęd). Drugi sezon serialu zbliża się ku końcowi, zostały trzy odcinki. Pierwszy wyemitowano w zeszłym roku. Za reżyserię odpowiadali m.in. David Slade i Guillermo Navarro. Jako scenarzysta i producent najczęściej pojawia się Bryan Fuller. Ciężko zapomnieć kreację Anthony’ego Hopkinsa, jednak wyobraźni pomogły obrazy nowsze. Czemu nie? Czytało się szybko i przyjemnie. Nawet zgłodniałem…

Umarł mi Ingi Iwasiów to druga książka, którą czytałem w drodze (W drodze Kerouaca to kolejna niedoczytana – aż wstyd analizować słowa i wyciągać z nich pozycje odłożone i niedoczytane). Ostatnio Dan Brown w rozmowie z Wojciechem Orlińskim wyznał, że nie przeszkadza mu, zakwalifikowanie przez krytyków jego powieści jako literatury lotniskowej („Książki”, nr 1, marzec 2014). Umarł mi nie jest przecież lekką pozycją – ani lotniskową, ani wagonową. Jest jak najbardziej o powrotach . Wybrałem sobie niełatwą śmierć do pociągu, pewnie jako jeden z niewielu, przynajmniej w moim przedziale. Nie wybrałem tak, jak Aghata Christie. W ciężkim piórze Iwasiów wyczułem pewną lekkość, lekkość ruchów. To rodzaj wypracowanej perfekcji, tak myślę. Chyba nie powinienem czytać autorki Bambina od ostatniej wydanej książki. Trafiłem jednak na wspaniałą pracę, nie muszę chyba pisać, że dojrzałą. Autorka jest profesorką. Piszę, jakby trzeba było komukolwiek o tym przypominać na zachodniopomorskim portalu kulturalnym. Podejrzewam, że to ta odległość – jeszcze osiem godzin drogi (mam przynajmniej taką nadzieję). Proza Iwasiów jest świadoma emocji. Tego, co tak do mnie trafia, ale nie mam na myśli tylko emocji i wrażliwości. To książka intymna, prywatna rozprawa z faktem dokonanym, może zbyt odkrywająca. Przy Tatulku (jeden z segmentów dzieła) nawet się wzruszyłem. Widać, to co najbardziej mnie wzrusza, to wspominanie podobnych blizn (tych na skórze, tych w nas).

Odpoczynek umiliły odwiedziny u znajomych pod Krakowem i w mieście, rozmowy przy białym winie, chłodnej wódce. Znalazłem też chwilkę na skorzystanie z telewizora w mieszkaniu, które wynajmowałem. Jeśli zwykle zapieram się, że oglądam jedynie wiadomości, pogodę i programy kulturalne, w dodatku raz na jakiś czas, muszę sprostować, że postanowiłem rzucić się na głęboką wodę – programy rozrywkowe. Wymagają wyjątkowej sprawności od płynącego, trudno jednak nie zostać podtopionym. Całkiem przypadkowo trafiło na brytyjski humor na kanale telewizji kablowej i  między innymi Come Dine With Me (podejrzewam, że powtórki), które okazało się zabawniejsze od polskiej wersji. Jednak zabawność ta wypełniona była nie tylko pewną lekkością, czasem frywolnością, ale wywoływała też niesmak. I był on wskazany, nawet nie tak przygnębiający, jak myślałem na początku. Takiej rozrywki także potrzebowałem. Może odnajdę jeszcze kiedyś ten kanał. Nie daj Boże włączę i wyłączyć będzie ciężko.

Tymże sposobem znalazłem to, co szczecińskie (będąc na drugim końcu Polski, zabierając Umarł mi w podróż) i kulturalne, sprawiło mi to radość. Wstyd było mi tylko siedzieć w tej paskudnej, blaszanej skorupie, przejeżdżając przez las. Czułem się jak trawiony przez anakondę ssak, a będąc wewnątrz już nieco jak sama anakonda. Jakże inaczej? Kontrolerzy biletów byli przynajmniej wyjątkowo uprzejmi i uśmiechnięci. Wyłączyłem tablet i włączyłem muzykę, zjadłem kilka ciastek cynamonowo-imbirowych w kształcie uznawanym ogólnie za kształt serca. Zmęczyło mnie nicnierobienie. Plusem mojego opóźnionego powrotu był bez wątpienia brak tłoków, także miejsce przy oknie, zapewniające względny komfort.

Wspomniałem tylko niektóre podróże, powroty, jedzenie i picie (od kanibala-Hannibala po oscypki spod zamku w Niedzicy). W końcu majówka, odpoczynek. Cóż innego miałbym robić? W drodze było wiele historii, każdy wiózł swoją. Czytałem, oddychałem (jak mniemam) świeżym powietrzem, pisałem, planowałem… rozmawiałem ze znajomymi, poznawałem. Nie chciałem wyłącznie wypoczywać, stąd refleksja nad tym, co ważne, najważniejsze.  Po wszystkim wróciłem do Szczecina. Będę mógł dalej spacerować po Cmentarzu Centralnym, który uwielbiam i pisać. Pisać drugą książkę.

BRODATE DYLEMATY

13 maja 2014

Przerwałem lekturę świeżo zakupionego reportażu Anthony’ego Shadida Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny (Czarne). Za mną już m.in. Papusza Angeliki Kuźniak. Sięgam po nowy gatunek, wcześniej mnie nie interesował. Przerywam czytanie, by napisać felieton, choć myślami wciąż jestem przy tym opasłym, pięćsetsześćdziesięciostronicowym dziele. Poza tym chciałbym wkrótce postawić na półce także Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach Liao Yiwu oraz Listy Jacka Kerouaca z Allenem Ginsbergiem. Estetyka wydawnictw Czarnego jest wyjątkowa, lubię porządek, także na półkach. Niestety, mentalnie jestem już po czterdziestce (o czym przekonałem się rozwiązując ostatnio jakiś śmieszny test).

Zeszłej soboty namówiłem swoją przyjaciółkę, by towarzyszyła mi przed telewizorem i od pierwszej do ostatniej minuty obejrzała ze mną finał Eurowizji. Obserwując to, co działo się wokół utworu My Słowianie, byłem (nawet) przekonany, że wygramy. Szczególną uwagę przykuwa CLEO – wokalistka, która stworzyła ów hit z Donatanem, intrygująca przeszywającym, wcale nienaiwnym wzrokiem. Mamy oto produkcję na przyzwoitym poziomie i (w teledysku) wszystko to, co piękne, błyszczące, słodkie i lepkie. Całą tę popkulturową papkę. Czystą rozrywkę, z podnoszącym do tańca bitem, jeszcze raz – produkcję na tak zwanym „światowym poziomie”. W dodatku okraszoną swoistą słowiańszczyzną. Przekonuje mnie ten produkt, jako twór rozrywkowy. Jak najbardziej. Przekonują mnie piersi w klipie i wygrana Austriaka. W pierwszym przypadku seksualność wykorzystano w sposób znany, frywolny, z zaznaczonym dystansem, w drugim zabawiono się wrażeniami estetycznymi odbiorców. Brzydota to także kategoria estetyczna, broda z kolei, czy pasuje do kobiecej twarzy drag queen czy nie, budzi niepotrzebną falę krytyki.

Spodobał mi się utwór Conchity Wurst Rise Like A Phoenix, przypominający nieco stylistykę dobrych piosenek bondowskich, w tym przyjętą z aplauzem Skyfall w wykonaniu ADELE. Broda, obok tatuaży, stała się ostatnio modna, między innymi wśród hipsterów. Wróciły też wąsy, choć Francja ze swą „wąsatą piosenką” nie spodobała się Europie (ostatnie miejsce na Eurowizji). Broda była (jest?) jakiś czas temu wszędzie, w markecie jakiś stary film z Adrienem Brodym na DVD po pięć złotych, dwa single Brodki (Varsovia, Dancing Shoes), a poza tym broda w modzie, mediach… Nagle pojawiła się w miejscu nieoczekiwanym, w którym pojawić się nie powinna. Na twarzy dwudziestopięcioletniego wokalisty z Austrii. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Thomas Neuwirth, bo tak naprawdę się nazywa, od 2011 roku występuje jako drag queen i do 2014 mu się nie znudziło.

W Polsce możemy pośmiać się z dowcipu Donatana, ponieważ to takie nasze, swojskie, kolorowe i świeże, jak ubite ręcznie masło. Inaczej jest w przypadku kultury LGBTQ, której nie znamy, której stwory pseudokobiece i pseudomęskie pałętają się po polskiej ziemi (przypełzłszy z pewnością z Zachodu), niektóre tylko od czasu do czasu wychodząc z ukrycia, zagrażają naszym rodzinom (życiu, zdrowiu, spokojowi). Genderowe koszmary. Dlatego łatwo napisać, że „baba z brodą to do cyrku”, czy wstawić zdjęcie Hitlera z podpisem: „Nie o taką Austrię walczyłem”. Głupoty nie trzeba siać, to chwast radzący sobie w Sieci doskonale. Czy naprawdę komentują tak młodzi ludzie? Kibicowałem polskiemu utworowi prawie do końca, „może od Brytyjczyków będzie dwanaście punktów”, „Litwa nie dała dwunastu?! Litwo, ojczyzno moja!” (żartobliwie). Po wszystkim było niesmacznie. Przez brodę i przez plony nietolerancji. Nie potraktowano występu (zwycięstwa) artysty jak występu, lecz jak atak na wartości heteronormatywnej Europy (a może tylko Polski). Zabolała wygrana inności (mnie „buczenie” na ogolone przecież Rosjanki, Bogu ducha winne; silne). Polityka, polityka, polityka. Świat to tak piękne miejsce, że człowiekowi potrzebne podziały. Smuci mnie to.

Odpuszczam. Chciałem przecież odpocząć, pobawić się. Może tak miało być, Eurowizja – cyrk z wachlarzem atrakcji i ustawionymi, sztucznymi emocjami, podkręcane afery, apokaliptyczne wizje zagłady normalnych rodzin. A może czasem łatwiej nam uogólnić, dla wygody, bez względu na to, komu się dostaje. Czy słusznie? Niektórzy nie potrafią się bawić.

Po wszystkim, także kończąc ten tekst, zastanawiałem się, po co powstał. Jednym zabrakło maszynek do golenia, innym kultury. Wymagajmy jej w Sieci. Ufam, że sam nie byłem zbyt niemiły. Okazało się, po raz kolejny, że wielu Polaków ma problem z seksualnością (cudzą), w przeciwieństwie do Conchity, która z określeniem samej siebie nie miała problemu. Kwestie dobrego wychowania, panowania nad słowami i dobierania tych odpowiednich, jak zwykle, zeszły na drugi plan. Górę wzięły emocje – coś, co bez wątpienia wylewać nam najłatwiej. Nie spodziewałem się, że Eurowizja wzbudzi u mnie takie emocje. Sprawdziła się sentencja z Krwawego umysłu (bądź co bądź wypowiedziana przez mordercę), którą nieskromnie przytoczę: „Jesteśmy źli. Stale musimy się powstrzymywać”. Czy musimy? Czy musimy w Internecie? W nocy w końcu obejrzę pierwszą z ośmiu części Hellraiser (Wysłannik piekieł, 1987), za namową przyjaciółki i na poprawę humoru.

SPOTY WYBORCZE I NAĆPANE OWCE

27 maja 2014

W piątek o stosunkowo późnej porze postanowiłem już tylko oddać się skażonej beztroską, czystej rozrywce. Niestety przed telewizorem. Ostatnimi czasy częściej z niego korzystam, ponieważ abonament za kablówkę płacić i tak muszę. Uznałem, że wybór padnie na znaną mi aż za dobrze amerykańską komedię. Zrobiłem to, by móc obejrzeć film tak, jak wtedy gdy byłem małym chłopcem. Kiedyś przepadałem za tą czynnością. Zdaje się, że kiedyś mniej rozumiałem. Niestety nie spodziewałem się półgodzinnej fali… audycji komitetów wyborczych, emitowanych jeden po drugim. Stały się swoistym wstępem do komedii Straszny Film II. Film ten jednak potrafił mnie niegdyś rozbawić. Nie rozpisując się długo, bo i nie ma o czym, większość spotów była rozpaczliwie durna, a ja jak zahipnotyzowany idący pod pociąg, obejrzałem wszystkie. Wydaje mi się, że politycy dobrze się bawili. Mówią, że najważniejsze jest się dobrze bawić.

[…] to, czego nie mogłem dłużej ścierpieć, to śmiech, śmiech jako taki, owa nagła i gwałtowna deformacja rysów, która wykrzywia ludzką twarz, w jednej chwili ogałacając ją z wszelkiej godności. [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy]

Pesymizm Houellebecqa, dla czytelnika i autora takiego jak ja, który nie potrafi być prywatnie równie skrajny, wydaje się kampowy. Francuskiego autora Poszerzenia pola walki zawsze czytało mi się z rozkoszą i tą niezdrową przyjemnością, które trawiłem grzecznie jak niedobry syrop. Do polityki wkradł się nam śmiech sardoniczny. Obawiam się, że po wszystkim będzie lament.

Jeżeli człowiek się śmieje, jeżeli jako jedyny spośród całego królestwa zwierząt afiszuje się z tą potworną twarzową deformacją, to również dlatego, że jako jedyny, przekraczając egoizm zwierzęcej natury, osiąga przeraźliwe i najwyższe stadium  okrucieństwa. [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy]

Ciężko było się przed polityką uchować. Z małym wyjątkiem, mianowicie artykułem na stronie magazynu Wprost, który trafił na mnie przypadkiem. Z odmętów Internetu przyciągnął mnie pod swoje progi artykuł o pazernych i naćpanych australijskich owcach,  którym swainsona galegifolia, roślina wyrastająca na terenach popożarowych, mąci w głowie do tego stopnia, że biedne roztrzaskują czaszki o kamienie. Roślinę miejscowi nazywają „kochanym groszkiem”. Pożałowałem, że nie mam przy sobie takiego „groszku”. Kto jest groszkiem, a kto owieczką? Owieczek nie brakuje.

Jako, że czytam reportaże, o których pisałem w poprzednim felietonie i ich zakupu nie żałuję, powoli wykiełkowało we mnie przekonanie, by w chwili wolnej od tego, co poważne, ulegać strzelaninie kolorowych, sensacyjnych bzdurek, które podawane są na tacy niemalże wszędzie. Jeśli chodzi o termin kamp, który w zeszłym roku stał się dla mnie bliższy za sprawą pracy licencjackiej, powrócił on w echach zapowiedzi najnowszej książki króla polskiego kampu – Michała Witkowskiego. Wszystko za sprawą powrotu, tym razem w roli blogerki modowej. Niemal dekadę po tryumfie Lubiewa, Michał Witkowski, wciąż osłaniając się kampem, a w rzeczywistości wymiocinami po Imprezie Minionego Sukcesu, wraca i sieje pewien niesmak. A przecież w kampie obok tego, co niesmaczne, jest i miejsce na zapierające dech wrażenia, nawet wywołujące uśmiech. Przebieranki… Ileż można? Kamp na siłę to już nie to samo. W zeszłym roku zająłem się kampem w trzech wybranych powieściach Witkowskiego. Podobała mi się Margot. Byłem zachwycony tym, jak długo można ciągnąć te bzdurki, pisać o błahostkach i duperelkach. Znajdą się i tacy, dla których będzie to najgorsza książka autora, mnie jednak umiliła męczarnie nad podjętym wyzwaniem. Obok niej czytałem także Drwala i słynną reedycję pod tytułem Lubiewo bez cenzury. Przy Drwalu nudziłem się. Czy sięgnę po Zbrodniarza i dziewczynę? Nie jestem pewien, czy jest mi to potrzebne. Podejrzewam jednak, że zajrzę.

Reportaż o Iraku w obliczu wojny (Anthony Shadid, Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny) skupiony na tych, którzy najbardziej ucierpieli, stał się dla mnie ważniejszy niż Bóg jest czerwony. Opowieść o tym jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach (Liao Yiwu), choć to także piękna, ujmująca praca. O wierze ludzi prostych, nie o instytucjach (kościelnych, rządowych). Dopuściłbym się świadomego błędu rzeczowego. Więc poprawię się: o instytucjach (i ich przesądzonym fiasku) w konfrontacji z prostym człowiekiem prawdziwej wiary. Czystej wiary. To trzeba przeczytać!

Szczęście w nieszczęściu – sobotnie wesele, na którym miałem przyjemność naprawdę się wybawić, spowodowało, że mam problemy z lewą stopą, co utrudnia mi chodzenie. Nie poszedłem na wybory, czego jednak nie żałuję. W polityce „po staremu”, niewiele się zmieniło. W mediach przerażająca nuda, miałka rozrywka, fabryka czekolady Grochola wydała kolejny czekoladopodobny twór, poradniki Jak żyć (tytuły z serii Jak… pozwoliłem sobie wymyślić) okupują listy bestsellerów i ten cyrk nie ma końca. Z jednej i z drugiej strony dobiega szyderczy śmiech. Straciłem zaufanie do literatury… i poradników typu Jak żyć, Jak uprawiać seks, Jak się modlić, Jak jeść wszystko i chudnąć w oczach… w końcu piszą je ludzie. Inni ich zdanie podważają, wyśmiewają… Ciężko dziś ufać słowu pisanemu, tak jak ciężko jest obdarzyć kogoś zaufaniem. Z drugiej strony ktoś tego potrzebuje. Kultura źródłem cierpień.

Gdyby do pralki włożyć ten tekst lub pojedyncze hasła, okazałoby się, że wystarczy jeden rodzaj proszku do prania, powiedzmy, że ten do koloru. Tkaniny śmieszne już dawno wyblakły, a materiał kampowy, choć stosunkowo świeży w polskiej literaturze, to w niektórych miejscach już wyjątkowo poprzecierany. Można to wszystko przerobić na szmaty i kupić nowe, zapomnieć. Z tym jest jednak inny kłopot. Szmaty upominają się o swoje, na przykład pod postacią Marszu Szmat, dogryzając tym, dla których problemem jest facet w sukience (już bez brody). Problemem, bo na wszystko inne są odpowiednie poradniki. Cel szczytny, ale przy kontuzji stopy raczej bym się nie wybrał. Dziwi mnie fakt, że trzeba jeszcze komuś tłumaczyć, co znaczy słowo „nie”. Ktoś jednak głosował na pana Korwin-Mikkego, znaczy tłumaczyć trzeba jeszcze wiele (i długo). Optymizmu z siebie nie wylałem, rola obserwatora się nie sprawdziła. Następnym razem pójdę na wybory i poczuję czystą radość. I nie będę już ironiczny, bo to także nie sprzyja szczęściu i spokojowi.

DEKLARACJA A MASOWA ROZRYWKA

11 czerwca 2014

Obcowanie świadomego czytelnika z religią bywa fascynującym zajęciem! Mam na myśli, między innymi, prawdziwe historie ludzi, którzy godni pochwały poświęcali się wyznawanemu systemowi (temu, z którym się zetknęli i który wchłonęli), upominając się o wartości, często tak proste i należne, a jednak z różnych powodów ograniczane (na wiele sposobów, także metodami represyjnymi). Znosili głód, poniżenia, umartwianie się… O takim poświęceniu czyta się niejednokrotnie z przyjemnością i z zapartym tchem. Bez ironii. Ale mam na myśli także te karty dziejów, na których religie zostawiają ślady swoich paluszków obficie ubabranych krwią. Jestem daleki od gniewania się na cokolwiek i kogokolwiek za błędy przeszłości. Nie trawię jednak ich powielania, ponieważ bez nauki płynącej z konsekwencji progres nie miałby racji bytu. To tak oczywiste, że niektórzy o tym po prostu zapominają. Nie mam wątpliwości co do tego, że religia doskonale opanowała pewną metodę osiągnięcia sukcesu, popularności i długiego żywota, a przy tym nikogo nie pozostawiła obojętnym, zapewniając na przestrzeni wieków skrajne emocje.

Dla niektórych bywa bronią, choć pozornie sama nie zadaje krzywdy. Wiele zależy od tego, w czyich rękach się znajdzie i do jakich sprzeczności dojdzie.

Nie jest nowością, że na co dzień mamy problem z oddzieleniem rozrywki od tego, co poważne, religii od polityki… bzdur, które winny przejść bez echa, od spraw, które od dawna są zaniedbywane, odkładane na później lub przyćmione czymś lżejszym, co staje się atrakcyjną gwarancją masowego poruszenia i zainteresowania. Osłaniamy się humorem dla rozluźnienia sytuacji, bronimy się nim przed ujawnieniem własnych niekompetencji. Nic nowego. Polityka zamiast rzetelności serwuje nam ostatnimi czasy pewnego rodzaju tolerancję – jest niebywale tolerancyjna… dla niedbalstwa i groteski, które na Wiejskiej sobie zasiewa. Przeczytałem deklarację sumienia, przykład na to, jakimi to sprawami zajmować musimy się publicznie i na poważnie. Naprawdę musimy.

Popularne tagi: dobro pacjenta, brak sumienia, trudne wybory, etc. W szpitalu wykonano mi ostatnio zdjęcie RTG stopy, która od 25 maja sprawia mi kłopot podczas chodzenia, ale nic nie wykryto. Zbyto mnie po około trzech godzinach spędzonych głównie na czytaniu (na szczęście miałem przy sobie tablet). Tak, jak nie chciałem się do szpitala wybrać, uznając to za stratę czasu (i słusznie), tak problemy, jakie pojawiają się przy zasłanianiu się wspomnianą deklaracją są już z zupełnie innej bajki. Chodzi bowiem o szereg różnych przypadków i tragedii, które dotknąć mogą zarówno kobiety, jak i mężczyzn, których nie wolno po prostu lekceważyć. Wydaje mi się absurdalne, że w momencie konieczności działania w celu ratowania zdrowia czy życia, lekarz (który podpisał deklarację) może spokojnie położyć na szali sumienie i powinność. Ma na to czas? A rozum?

Naprawdę nie śmiałem oczekiwać, że uzyskam pomoc medyczną akurat w szpitalu. W końcu sam sobie zawiniłem. Skończyłem czytać naprawdę dobrą książkę. Skoro lekarze nic nie widzieli, ja także nie powinienem widzieć problemu.

Kolokwialnie rzecz ujmując, deklaracja sumienia jest tak potrzebna, jak gorący kaloryfer w czerwcu. Czyta się ją z pewną udręką. Przeraża i bawi jednocześnie, co wydaje się niezdrowe, bo nie miała w zamyśle funkcji rozrywkowej. Każdy jest inaczej dostosowany do życia (także wychowany), do współistnienia z drugim człowiekiem – trzeba pamiętać, że zdarzają się i tacy, którzy wybierają źle, co jest konsekwencją obranego kierunku. Szczególnie jeśli zamiast pomóc drugiemu człowiekowi (do czego lekarze przygotowują się latami i co deklarują) rzekomo pomagają sobie, poddając wątpliwościom, co dobre, a co złe. Z drugiej strony może jednak jest komuś potrzebna sama dyskusja, ponieważ nie można pewnych tematów zamiatać pod dywan, gdy faktycznie mają miejsce i krzywda dzieje się pacjentkom i pacjentom. Odmowa a realne zagrożenie. Gdzie dołożysz odważnik?

Jest jeszcze sprawa młodej licealistki z Gorzowa Wielkopolskiego, miejsca, w którym urodziłem się dwadzieścia trzy lata temu i uczyłem przez trzy lata w liceum. Zastanawia mnie, dlaczego nie poniosła konsekwencji za słowa skierowane w stronę premiera, gdyż nazywanie go zdrajcą wydaje mi się pewnym naruszeniem. „Odważna dziewczyna” to smutny przykład, jeszcze bardziej przygnębiający w swym zasięgu. Niektórzy mogą pomyśleć, że taka właśnie jest dzisiejsza młodzież. Nie jest źle. Miałem styczność z młodszymi uczniami podczas praktyk w szkole. Nie skandowali: Bóg, honor, ojczyzna. Ach, ten pieprzony, romantyczny dyskurs!

Wiara pomaga człowiekowi ogarnąć to wszystko, co w nim i wokół niego. Jest chęcią wyrażenia wdzięczności za obcowanie ze światem. Jest też powodem rodzących się pytań i wątpliwości. To sprawa tak skomplikowana i intymna, że nie mieści mi się w głowie, aby ktokolwiek deklarował ją na piśmie obcym ludziom. Na piśmie – jak to ją umniejsza!

Bezrefleksyjne obcowanie z religią oraz jej przedstawicielami nie powinno mieć miejsca, warto być czujnym i świadomym. Jeśli już nadarzy się taka okazja szukamy w człowieku bestii, chcemy, aby został ukarany, chcemy widzieć dramat w pełnej odsłonie – musimy mieć powody do osądów i wyroków. Media nam pomagają. Ciężko jest ocenić człowieka, usprawiedliwić lub zrozumieć, bo łatwiej jest go skreślić. Jednak czy trudno jest zrozumieć niebezpieczeństwa mieszania się religii z polityką i (o, zgrozo!) z medycyną? Do tej mikstury nie wlewa się tego, co w religii dobre – miesza się jedynie ograniczenie, nakaz, strach i karę – jako składniki wystarczające. Tylko, że pić to będą pacjenci…

Święta obchodzę z rodziną, to chwile, w których mamy dla siebie najwięcej czasu. Modlę się, jeśli czuję taką potrzebę – mogę tak to nazwać, to mnie uspokaja. Do kościoła nie chodzę. Wolę dialog.

ART RAGE

27 czerwca 2014

Chłodnym czwartkowym popołudniem (w Boże Ciało), trasą S3 ze Szczecina do Gorzowa Wielkopolskiego, wracałem do siebie, do domu. W autobusie pustki, może z tuzin osób. Czytałem ze słuchawkami w uszach. Wybrałem spokojny album na drogę, aby muzyka nie przeszkadzała mi się skupić, stała się soundtrackiem podróży. Niekiedy zmieniały się jej brzmienia (pulsując, narastając), wtedy też zmieniało się bicie serca i odbiór lektury. Lektury nie byle jakiej i nie bez powodu kontrowersyjnej. Nazwisko Stephena Kinga nie trzeba powtarzać dwa razy. Z tytułem książki może być gorzej. Nie tylko dlatego, że nigdy nie wydano jej w Polsce (choć Pruszyński i S-ka podejmował takie próby w roku 2005) czy dlatego, że ceny oryginalnego, anglojęzycznego wydania na aukcjach zaczynają się od kilku tysięcy złotych. Przed pewnymi książkami chronimy młodszych czytelników. I słusznie.

Swoją pierwszą powieść wydał w kwietniu 1974 roku w wydawnictwie Doubleday. Mowa o stu dziewięćdziesięciu dziewięciu stronach Carrie. Wcześniej pracował między innymi nad książką Getting it On. Ostatecznie, gdy King odniósł już pierwsze, spore sukcesy, zdecydował się na publikację książki pod pseudonimem Richard Bachman. Zmieniono jej tytuł na Rage (tłum. wściekłość, gniew). King pisał Rage w wieku zbliżonym do tego, w którym ja rozpocząłem Krwawy umysł. Choć widzę niebezpieczeństwo, jakie drzemie w tej legendarnej pozycji, myślę o niej jak o książce dojrzałej, nie czyniącej z bohatera naiwnej postaci pozytywnej (wszystko zależy od odbiorcy). Niestety, w młodym człowieku pełno jest tego, co z czasem zostaje zgniecione przez szarą rzeczywistość. Tak samo myślę o gniewie i buncie, jako emocjach, których nie należy bagatelizować. To była emocjonująca podróż z książką, która mimo swoich lat wstrząsnęła mną nieco. Choć to raczkujący King, raczkujący z tą rozkoszną, godną podziwu, niemowlęcą energią. Od zawsze doskonały obserwator, od początku wciągający, ponieważ prosty i bliski.

Charles Decker, główna postać książki, przekracza wszelkie granice, zabija dwojga nauczycieli, z bronią w ręku przetrzymuje dwadzieścioro czworo kolegów i koleżanek, łamie zasady komunikacji z dorosłymi i co najważniejsze pozwala emocjom opuścić swe klatki. To cenniejsze momenty w książce, kiedy emocje wypływają, szczególnie negatywne, tłumione. Czytelnicy Krwawego umysłu podobnie współczują mordercy, tak jak czytelnicy Rage współczuć mogą Charlesowi. Są dwie strony medalu – z jednej przyjmujemy, że ze sprawcy staje się największą ofiarą (np. własnych lęków, urojeń), a z drugiej zastanówmy się nad słowami mojego bohatera: „Pod żadnym pozorem nie wolno człowiekowi czynić krzywdy. JESTEŚMY ŹLI. Stale musimy się powstrzymywać”. Skomentowałem je w jednej z rozmów o książce, w sposób następujący: „Na ironię, wyjątkowe słowa mordercy. Bardzo zastanawiające. Jakby nerwowo chciał się do nich przekonać”. Fragment staje się zatem sygnałem, by zachować czujność i nie ulegać pokusom. Co ciekawe, wydaje mi się, że tytułową wściekłość Charlie próbuje wywołać u innych, obserwując ich tym samym ze stoickim spokojem. Wyjątkiem są momenty, kiedy jest przerażony.

Nastoletni King świadomy był tego, jak wiele z najmłodszych lat potrafi zapamiętać dziecko i jakie piętno potrafi odcisnąć na nim silnie zakorzenione wspomnienie. Bohater przytacza historię z polowania z ojcem i jego znajomymi, kiedy obudził się w nocy i podsłuchał rozmowę o tym, co zrobiliby niewiernym żonom. Dorosłych widzi jako mroczne cienie padające na jego namiot od blasku ogniska. Przywoływane są plemienne praktyki karania: “The Cherokees used to slit their noses… so everyone in the tribe could see what part of them got them in trouble”. To dla Charliego wstrząs, tym bardziej, jeśli wspomnieć chwile, w których matka niejednokrotnie staje w obronie syna przed gniewem ojca. Jest też pewna lekkość z jaką Rage się kończy. Swego rodzaju wonny uśmiech sardoniczny, chyba najbardziej niepokojący w refleksji nad książką.  Podobnie, jak chłodna logika chłopca, jego spostrzegawczość i tezy, którymi próbuje skazić odbiorcę: „Don’t say it’s crazy. It’s all so cool and sane. And all that weirdness isn’t just going on outside. It’s in you too, right now, growing in the dark like magic mushrooms”.

Swoją pierwszą powieść wydałem w styczniu 2014 roku w Novae Res – Wydawnictwie Innowacyjnym. Mowa o dwustu siedemdziesięciu ośmiu stronach Krwawego umysłu. 22 stycznia 2014 roku (w środę) na stronie internetowej księgarni firmowej wydawnictwa książka pojawiła się w nowościach. W poniedziałek, pięć dni później, otrzymałem swoje egzemplarze autorskie, dwadzieścia sztuk czystej radości. Można uznać, że 27 stycznia to dzień oficjalnej premiery książki, pojawiła się bowiem w wielu księgarniach internetowych (w niektórych dopiero w marcu, przez co nie była widoczna w nowościach). Okładkę książki otrzymałem już 17 października 2013 roku. Jej tajemnica stała się dla mnie wyzwaniem. Przyszło mi na myśl kilkakrotnie, czy nie powinienem napisać czegoś lżejszego na początek (chyba ktoś mnie nawet o to pytał). Nie powinienem.

Mojej pracy towarzyszyła u początku autocenzura. W efekcie wersja książki z 2011 roku wylądowała w koszu, a przez kolejny rok powstawał nowy Krwawy umysł. Odświeżyłem fragmenty, które usunąłem, pozbyłem się zbędnych. Blogerzy, którzy podejmują się próby recenzji dzieła, mają nie lada problem (o czym niektórzy zresztą piszą). Napracowałem się (2008-2013), nie było to wyzwanie proste, nie zawsze było przyjemne. Zwłaszcza, gdy budowane było na prawdziwych emocjach, wydarzeniach i wspomnieniach przybranych w fikcję. Niektórych odbiorców mojej książki rażą opisy inicjacji seksualnych młodych bohaterów. Są one opisane w dość prosty i przyjemny sposób, działający na zmysły. Nie różnią się w swej prostocie od tych, które przybliżył swoim czytelnikom, a dziś szczęśliwcom, Stephen King w Rage. To miał być naprawdę krwawy umysł, nieco chaotyczny, ale przekonujący. Młodość wszystko wybaczy.

Z wykształcenia jestem nauczycielem, kontynuuję jednak studia. To było moje marzenie od szóstej klasy szkoły podstawowej, naprawdę. Wielokrotnie słyszałem, że to zły pomysł, także od nauczycieli. Między innymi dlatego, że dziś ich praca przypomina pracę w biurze. Kilka godzin wypełniania papierów, co najmniej pół godziny przygotowywania się do zajęć, matury próbne, ich analiza… wnioski, wdrażanie pomysłów. Potem opisywanie, jak je wdrożono i znów analiza – po to, by sprawdzić, czy były efekty. Porównanie z latami ubiegłymi i znów pisanie analizy. W jakim celu? W celu przeprowadzenia ewaluacji własnej pracy. Później jest oczywiście sama matura. Ale sprawdzeniu, czy faktycznie się uczy, czy tylko sprawia pozory służą jeszcze analizy działań wychowawczych, układanie i wypełnianie różnych ankiet, także motywowanie uczniów do nauki; testy diagnostyczne (lepiej, by młodzież robiła postępy). Jakby tego było mało są jeszcze analizy testów poziomujących i programy naprawcze, setki różnych tabel… Ktoś to czyta czy tylko gromadzi? Inni spytają, czy to takie złe, czasochłonne, trudne? A potrzebne?! W polskiej wersji Rage głównym bohaterem byłby raczej nauczyciel. Do głowy przyszedł mi niepokojący utwór Swim Madonny (Ray Of Light, 1998), w tym słowa, które jakoś szczególnie nabierały wyrazu, z każdą linijką felietonu:

Children killing children

While the students rape their teachers

Comets fly across the sky

While the churches burn their preachers

2012 roku pomyślałem, aby stworzyć nową interpretację Krwawego umysłu i bohatera, słynącego z ekscentrycznych zachowań, wymykających mu się spod kontroli; egoisty zagubionego w odbiciu lustrzanym. Umysłu skażonego borderline (BPD), jaźnią rozdwojoną – zagadnieniom związanym z całą trylogią eXst eXiste. Chodziło o fotografię. Wcześniej miałem już złączone głowy. To jednak, co było zadaniem trudniejszym to pocałunek. Kogo pokochasz bardziej niż siebie? Od kogo powinieneś zacząć? Z okładki książki: „Młodzieńcza naiwność i ufność wobec wizji zmiany świata odwodzi bohaterów od tego, co najprostsze i osiągalne – miłości, rodziny i spokoju”. Mówią, że żeby coś zmienić trzeba zacząć od siebie. Przynajmniej w literaturze. Przynajmniej zacząć. Choć na zdjęciu zacząłem przypominać postać humanoidalną, genderową, odległą od tego, jak wyglądam na co dzień, wizja bardzo mi się podobała. Na odbiorcach także robi wrażenie (dla niektórych jest odważna, co mnie nieco zaskakuje). Dwukrotnie chciałem powtórzyć efekt, wykorzystując inne zdjęcia. Fotografia odbija nie tylko tekst i twory mojej wyobraźni, także inspiruje do dalszego pisania. Przede mną jeszcze sporo pracy (kilka projektów literackich).

W drodze do Szczecina, w niedzielę, czytałem wywiad z Olafem Lubaszenką w Newsweeku. Wojciechowi Staszewskiemu mówił o Polsce, o swoich chorobach. Przykre i poruszające. Obchodzisz człowieka, póki zapewniasz mu rozrywkę, pomyślałem. A jeśli jesteś w dodatku specjalistą od rozrywki, nie możesz okazać słabości. Jeszcze nie myślałem o publikacji zdjęcia, na którym jestem rozdwojony. Potem czytałem artykuł o ofiarach księży pedofili. Przypomniała mi się książka Gomorra Roberto Saviano. Zirytowała mnie krótka notka o nowym albumie Lany Del Rey (jej zdjęcie zwróciło moją uwagę), który bardzo przypadł mi do gustu. Autor, pan Jacek Skolimowski, napisał, że artystka „nawiązuje sentymentalnie do muzyki lat 60., ale pewnie sama nie wie po co”. Zastanawiam się, czy autor wiedział z kolei, po co napisał własny wywód. Schowałem tygodnik i do końca słuchałem już tylko Ultraviolence (tłum. ultraprzemoc). Nie spodziewałem się, że można nagrać płytę mroczniejszą od Born to Die (2012). Całość jest spójna, warto wsłuchać się dokładnie w każdy utwór. Moje ulubione piosenki to Money Power Glory i Fucked My Way Up To the Top. W 1992 roku nie doceniono albumu Erotica Madonny, przyćmionego skandalem albumu Sex. Ufam, że kontrowersje, jakie wzbudza młodsza artystka, nie przyćmią materiału z jej kolejnego czarnego krążka, którego tytuł nawiązuje dodatkowo do treści Mechanicznej pomarańczy Anthony’ego Burgessa z 1962 roku.

Kończyłem pisać ten felieton już w Szczecinie, zajął mi więcej czasu niż poprzednie. Po dwóch stronach zacząłem odkurzać w mieszkaniu. W „Dzienniku. Polska-Europa-Świat” przeczytałem kiedyś (prawdopodobnie w roku 2007) wyznanie Agathy Christie: „Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie”. Zmywanie byłoby złym wyborem. Odszedłem od felietonu, aby odpocząć i wrócić z planem porządkującym mi myśli. Zdaję sobie sprawę, że byłbym w stanie napisać więcej. Rage można by omawiać w liceum, gdyby najpierw autor pozwolił publikować dzieło. To by było wyzwanie! Powiedzmy, że żartuję. Z reguły nie lubimy rozmawiać na tak zwane trudne tematy, częściej jesteśmy zaskoczeni po fakcie i zastanawiamy się, co poszło nie tak. Ride? Swim? Rage? Życie młodych ludzi przypomina drogę. Dobrze jest wsłuchiwać się w reportaże z ich podróży. Choćby dla spokoju. Przede mną lektura listów J. Kerouaca z A. Ginsbergiem, ale po egzaminach, po sesji. Sesja, teraz już wiem, skąd ten nastrój…

Don’t break me down

I been travelling too long

I been trying too hard

With one pretty song

[Ride, Lana Del Rey]

WSKRZESZANIE ZAPOMNIANEGO

1 sierpnia 2014

Najchłodniejsze miejsca to piwnica i garaż, jednakże nie nadają się do pisania. Stukam w klawiaturę i piję mocną kawę, z dwóch i pół łyżeczki, choć nieczubatych; z niewielką ilością mleka i dwiema (jedną, gdy jem coś słodkiego) łyżeczkami cukru, w dużym kubku. Kiedy się skończy, mielę ją w ręcznym młynku, tak jak dzisiaj. Szukałem ostatnio wzmianek o wznowieniu Gore Vidala (1925-2012). Nic. W zeszłym roku pojawiła się biografia, zatytułowana In bed with Gore Vidal, autorstwa Tima Teemana. Lubimy zachwycać się obcą literaturą (nową, popularną), ale i nostalgicznie spoglądać na podniszczone okładki, dedykacje od bliskich, wspomnienia czekające na wskrzeszenie. Słynne bliźniaczki grające w Lśnieniu Kubricka były pod wrażeniem, odwiedziwszy niedawno Kraków, że reżyser i jego spuścizna cieszy się taką popularnością (taką informację znalazłem na stronie stephenking.pl, prowadzonej przez najwierniejszych fanów autora Carrie, Miasteczka Salem czy To). Czynić z igły widły. Chciałbym, aby i Vidal pojawił się ponownie w sprzedaży, w nowych okładkach z nową edycją… By można było się nim ponownie zachwycić.

Książkę, którą wyjątkowo polubiłem, znalazłem na aukcji. Jest wyjątkowo prosta i przyjemna w odbiorze. Głównego bohatera, Jima Willarda, śledzimy podczas jego podróży, zaczynając od „odrealnionej, jakby nierzeczywistej knajpy” (G. Vidal, Nie oglądaj się w stronę Sodomy, Dom Księgarski i Wydawniczy Fundacji „Polonia”, Warszawa 1990, s. 7), gdzie siedzi samotnie, pijąc whisky z wodą i kostkami lodu. Utwór The City and the Pillar został ukończony w 1946 roku, pierwsze wydanie ukazało się dwa lata później (wyd. E.P. Dutton), natomiast wersja poprawiona (The City and the Pillar Revised) w roku 1965 – wydanie to posłużyło Andrzejowi Selerowiczowi, który dokonał tłumaczenia na język polski. Tytuł Nie oglądaj się w stronę Sodomy, jakim opatrzono dzieło, nawiązywał do motta z Księgi Rodzaju (19.26): „Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli”, co stanowi bardzo wyraźną przestrogę dla samego bohatera – nie oglądaj się za siebie, nie patrz wstecz, niech przeszłość nie będzie dla ciebie udręką.

Lecz była, ponieważ obok Jima, główną bohaterką powieści stała się miłość – oślepiająca, infekująca zdrowy rozsądek… Mamy tu naiwność napędzającą podróże i ślad po zauroczeniu, słabnący z każdą stroną (czyżby?), przyspieszający akcję. Infekcja, pozwólcie, że w ten sposób określę to pielęgnowane latami uczucie, równa się obsesji, a chęć ponownego spotkania staje się życiowym celem. Bardzo dosłownie. Finalnie mamy przecież scenę gwałtu, pozbawioną emocji: „Gdy już było po wszystkim, Jim ciężko dysząc leżał na cichym ciele, pozbawiony wszelkich uczuć. Wiedział, że krąg się zamknął. Doprowadził sprawę do końca” (s. 209). Zakończenie dość szokujące, tym bardziej, że śledząc losy głównego bohatera, przymykając niekiedy oko na jego odurzenie, kibicujemy mu do ostatniej linijki tekstu. Zastanawiam się, czy przestajemy? Czy łatwo nam sprawiedliwie osądzić?

Nie oglądaj się w stronę Sodomy wprowadza czytelnika w realia Ameryki lat czterdziestych XX wieku. Dostrzegamy inność, która była wówczas wielkim problemem. Przywołam choćby fragment odnoszący się do rasizmu:

Murzyn (dziś to słowo budzi kontrowersje, i słusznie) zaczął mówić o braku tolerancji i dyskryminacji. Był przekonany, że biali oficerowie nie zatroszczyliby się o niego nawet, gdyby umierał. (…) Lekarz utrzymywał, że żołnierzowi nic nie dolega. Pewnego dnia, gdy siedział w poczekalni, usłyszał, jak lekarz powiedział do pielęgniarki, która weszła do gabinetu: „Proszę zawołać tego czarnucha” (s. 139).

Dwudziestojednoletni wówczas autor stworzył typowy dla siebie świat, w którym postaci balansują na granicy dojrzałości. Biseksualny erotyzm jest w nim jednak suchy i wyważony (a sceny często urywane), co działa na korzyść dzieła – docenionego za neutralność i brak moralizatorstwa w podejściu do tematu. Ani na bezkresnych wodach, ani na lądzie – nie jesteśmy znudzeni. Książka łamała stereotypy i nie bez powodu wywołała skandal, była odważnym posunięciem. Nie jest popisowym dziełem autora, ale to jedna z jego pierwszych książek. Można położyć ją na półce z literaturą rozrywkową, wystarczy poszukać jej na aukcji lub w antykwariacie. Wśród innych tytułów Gore Vidala wydanych w języku polskim znaleźć można takie jak: Stworzenie świata, Trubadur króla Ryszarda, Mesjasz, Waszyngton, Myra Breckinridge, Na żywo z Golgoty i Julian.

Czasem w życiu pojawia się ktoś, kogo się nie spodziewamy, podobnie jest z książkami. Wpadają na mnie przypadkiem, jakby tylko czekały, aż stracę czujność. Atakują i pozostawiają ślad. Wolny czas zamierzam poświęcić bitnikom, generacji, która jest dla mnie wielką inspiracją. Literatura ma bowiem taką moc, że tęsknimy za czymś, czego nigdy nie mieliśmy i nie doświadczyliśmy. Ma to swój urok.

 

Reklamy